BLOG 44 (2018-06-19)

Wkroczyłem w ostatni rok moich siedemdziesiątych lat. Zamiast corocznego spotkania na moim trawniku w Laskach dostałem w prezencie benefis w Hotelu Mazurkas w Ożarowie i tak na własne urodziny z gospodarza zmieniłem się w gościa, a pomny swoich kabaretowych początków współwłaściciel firmy pan Bartkowski był gospodarzem, konferansjerem i fundatorem zarazem.

Odkładam na przyszły rok rozważania o tym, czy w latach osiemdziesiątych można jeszcze mieć dalekosiężne zamierzenia i plany, czy takie działanie wywołuje tylko uśmiech Pana Boga. Na razie pozostaję w działaniu. „Eter” wreszcie skończony, będę go teraz proponował festiwalom z pomocą hiszpańskiego agenta sprzedaży, mego dawnego znajomego z Europejskiej Akademji Filmowej Anton’a Saury (skąd inąd syna reżysera – klasyka Carlosa). Powstał problem jak postąpić z festiwalem w Gdyni, który przy moim poprzednim filmie „Obcym Ciele” uznał, że nie jestem godny uczestniczenia w Festiwalu. „Eter”, podobnie jak „Obce Ciało”, jest wspomagany przez PISF co oznacza wedle umowy, że powinien być zgłoszony do konkursu, szczególnie, że to otwiera szanse na nagrody dla moich aktorów i współpracowników.

W nieoficjalnych sondażach pytano mnie, czy bym się zgodził być w Jury, co automatycznie wyklucza film z konkursu. Byłoby to dobre rozwiązanie, ale przeczytałem w wywiadzie Pawlikowskiego, że był sprzeciw ministra wobec jego kandydatury, co wymaga ode mnie solidarnego gestu. Poza tym czuję wewnętrzny sprzeciw na myśl, że miałbym oceniać moich kolegów (w tym roku można się spodziewać filmów Pawlikowskiego, Szumowskiej i Kolskiego). Od lat głośno narzekam na system, w którym koledzy kolegom przydzielają nagrody i fundusze na realizacje, ale mimo tego narzekania zgodziłem się uczestniczyć w tym roku w komisji ekspertów przyznającej wsparcie do pisania scenariuszy. Tu ryzyko wyrządzenia szkody ludziom utalentowanym jest mniejsze, bo scenariusz można z trudem napisać bez finansowego wsparcia, natomiast odmowa pomocy z PISFu na realizację, czego zaznałem sam (przed paru laty), przekreśla możliwość powstania danego dzieła. Wciąż marzy mi się system, w którym decyzje były by nie w rękach kolegów i koleżanek, ale w rękach prawdziwych menadżerów kultury, ale kiedy przychodzi do propozycji nazwisk lista kończy się na ledwie kilku powszechnie szanowanych osób. A tu dla rotacji trzeba ich kilkunastu. Musi ich cechować niezależność poglądów, odporność na naciski polityczne, światopoglądowe, estetyczne, a przede wszystkim te, które na wpół nieświadomie generuje koterja artystów. Myślę ze smutkiem, że tych którzy mogli by spełniać te kryterja raczej ubywa, niż przybywa i w tym jest moja pretensja do obecnej polityki kulturalnej, w której siła odpychania przeważa nad przyciąganiem.

Miałem przyjemność uczestniczyć w Litewskich Nagrodach Filmowych, w tym roku zdominowanych przez agresywny feminizm (żądanie kwot wedle których subwencje publiczne powinny otrzymywać po równi mężczyźni i kobiety niezależnie od jakości przedstawianych projektów czy to teatralnych, czy filmowych – a może także literackich). Pamiętam w peerelu punkty za pochodzenie przyznawane zamiast pomocy dla studentów z trudniejszym startem. Na pewno warto walczyć o to, by kobiecy punkt widzenia znalazł wyraz na równi z męskim, ale kwoty to chyba zły pomysł.

Od poprzedniego blogu dzieli mnie wyjazd do Astany, gdzie uczestniczyłem obok p. Prezydenta Kwaśniewskiego na Euroazjatyckim Forum o przyszłości. Umieszczono mnie w panelu o wolności w sztuce obok rosyjskiego reżysera Uczitiela, którego film o Matyldzie Krzesińskiej, kochance Mikołaja II wywołał w Rosji publiczne (co nie znaczy „powszechne”) wzburzenie, jako że ostatni car został przez cerkiew rosyjską ogłoszony świętym. W katolicyzmie przywykliśmy do myśli, że święci byli także grzesznikami poczynając od apostołów Piotra i Pawła. W filmie Uczytiela – zrobionym z niebywałym widowiskowym rozmachem zabrakło mi wyrazu dla miłości cara z baletnicą – Mikołaj jest w filmie uwiedziony widokiem piersi baletnicy, a ja spodziewałem się więcej miłości niż pożądania. Wszystko to nie tłumaczy wzburzenia całym filmem, a z drugiej strony przypomina, że artysta pod presją własnej kultury osobistej powinien się liczyć z wrażliwością potencjalnego odbiorcy, natomiast często widzę, że to nie kultura tylko strach dyscyplinuje twórców z których mało, kto ryzykuje prowokowanie wyznawców Allacha (przy okazji wtręt – miłe tureckie stowarzyszenie zaprosiło mnie w Warszawie na kolację i z zegarkiem w ręku przy stole czekaliśmy na oficjalny zachód słońca, żeby zachować obowiązujący w ramadanie post od świtu do nocy).

Miałem cały szereg spotkań i podpisywania książek, we Wrocławiu i Jeleniej Górze, w Chełmnie, Otwocku, Żywcu, Piotrkowie, Łodzi i oczywiście w Warszawie. Wyróżnię Starachowice, gdzie z Januszem Majewskim reprezentowaliśmy TOR na przeglądzie z okazji naszego 50ciolecia. Janusz, mimo zaawansowanych osiemdziesiątych wiosen, przybliża nam, starym, przykład Miguela Di Oliveiry, który kręcił jeszcze w wieku ponad stu lat. Przypomniałem to młodym Litwinom w Akademji, którzy zaczęli u siebie walkę pokoleń w obronie komercji i popu, przeciw akademizmowi. Przed konfliktem pokoleń przestrzegał nas Andrzej Wajda przypominając, że jest nas za mało, żeby się dzielić, a co do pokoleń, to w każdym jest podobna liczba ludzi zdolnych i niezdolnych, odważnych i konformistów.

Czas kończyć. Wspomnę jeszcze powolne kroki związane z projektem „7 grzechów głównych” dla Telewizji Publicznej z udziałem samych debiutantów. Posuwa się także naprzód projekt kulinarny włosko-polski (przy okazji pochwalę się nagrodą pisma włoskich „Expatów” Gazetta D’Italia, którą to nagrodę dzieliłem z dyrektorem Wawelu prof. Orłowskim, z panią Grażyną Torbicką – znaną we Włoszech między innymi z prowadzenia festiwalu w Taorminie) poza nami nagrodzono projektantów mody ale moim zdaniem stroje gości na gali bardziej przykuwały uwagę aniżeli udane skądinąd kreacje projektantów mody.

Od spraw trywialnych do ostatecznych Zmarła Basia Wachowicz, z którą przyjaźniłem się od czasów studenckich. Podziwiałem przez całe życie jej pozytywną pasję by wydobywać z polskości to co ważne i wzniosłe. Robiła to szczerze, z wielkiej potrzeby serca. Często spotykał ją ostracyzm.

Na koniec wracam do „Eteru”. Czytam w „Polityce” tekst o egzorcystach, gdzie autor zapewne słusznie piętnuje szarlatanów i zabobony, ale jednym zamachem przekreśla wieczne pytanie „unde malum” skąd zło, i zapomina, że to co wydaje się paranormalnym może być czasem czymś nadprzyrodzonym. W filmie przypominam figurę szatana zakorzeniona w powszechnej mitologii, a w Europie szczególnie wyrazistą. Z góry spodziewam się różnych prostackich interpretacji i szyderstw z mego filmu, ale liczę też na siłę zakorzenionego mitu. A na razie film jest ukończony. Postawiłem ostatnią kropkę i czekam z niepokojem na odzew publiczności – mam pierwszą interesującą reakcję ze strony ukraińskiej, która zwróciła uwagę, że filmowa postać młodego Ukraińca, który jawi się jako zaprzeczenie mego występnego doktora, że postać ta z perspektywy prawosławnej, czy po prostu wschodniej jest zachodnia. Na wschodzie człowiek nieskazitelny nie może żyć w grzesznym świecie, musi stać się wyrzutkiem, „jurodiwym”, udać się na pustynię lub żebrać pod murami monasteru. W moim filmie młody człowiek jest felczerem i niesie pomoc cierpiącym na froncie (i tu eter może objawić błogosławione działanie). W powieściach Dostojewskiego idealiści zawsze doznają wykluczenia, los tragicznego bohatera, który walczy w przegranej sprawie jest ponoć z ducha zachodni tak jak cały romantyzm i tradycja rycerska. Zastanawiam się czy dziś w myśleniu Zachodu jest miejsce dla bohaterstwa. Niedawny wyczyn francuskiego żandarma, który świadomie oddał życie za życie zakładniczki zabrzmiał jak echo wielkości francuskiego ducha. O polskiego ducha w tej chwili nie pytam, bo dopiero w godzinie próby okazuje się, jacy jesteśmy.

Żeby nie kończyć w tonie złowieszczym jeszcze jeden epizod zawodowy. Od lat na MasterClassach czy seminariach dla scenarzystów opowiadam różne zasłyszane historie, które mają potencjał filmowy. Jedną z nich przed laty przywiozłem z Gruzji. Opowiedział mi ją profesor, który uratował na drodze rannego człowieka, a ten okazał się zawodowym mordercą i koniecznie chciał wyrazić swoją wdzięczność proponując, że zabije kogoś wskazanego przez profesora. Jeden z moich słuchaczy pan Denis Rabaglia kupił ode mnie ten pomysł i w tym roku w Locarno pokaże pełnometrażowy film „Il nemico cheti vuole bene”, który rozwija tę historię. Obejrzałem go z dużą sympatją i cieszę się, że moje nazwisko jest obecne w napisach czołowych.

Krzysztof Zanussi

 

 




Lista wpisów:


2018-08-16
2018-05-11
2018-03-22
2018-02-16
2018-01-08
2017-11-03
2017-08-18
2017-07-21
2017-05-29
2017-04-18
2017-03-09
2017-01-20
2016-12-30
2016-11-14
2016-10-17
2016-09-22
2016-08-10
2016-07-13
2016-06-02
2016-03-30
2016-03-02
2015-11-27
2015-08-10
2015-06-08
2014-12-30
2014-10-09
2014-07-09
2014-04-25
2014-03-17
2014-01-14
2013-12-24
2013-10-09
2013-08-19
2013-08-01
2013-07-17
2013-07-01
2013-06-10
2013-06-04
2013-05-30
2013-05-17
2013-05-13
2013-05-06
2013-04-29
2013-04-22
Martin Scorsese - MASTERPIECES OF POLISH CINEMA BIP Kultura na Widoku