Unia Europejska
BLOG 41 (2018-02-16)

Po wielu miesiącach zdjęć życie jakby zwolniło, trudzę się montażem, który przebiega nadzwyczaj opornie. „Eter” jest nakręcony w długich scenach, w ujęciach z montażem wewnątrz kadrowym. Nakręcone na wszelki wypadek bliskie plany nie będą użyte, opowiadanie unika przesadnej ekspresji, sceny drastyczne pokazujemy z daleka, zasłaniając je jakimś pierwszym planem. Niedawno rozmawiałem z Andronem Konczałowskim, którego „Raj” stylistycznie nawiązuje do Bressona. Poszedłem podobną drogą. W pierwszej scenie w twierdzy, po czołówce, kamera panoramuje po modelu budowy, podczas kiedy aktorzy przez długą chwilę są nieostrzy i na drugim planie. Mam wrażenie, że seriale i filmy reklamowa tak często nadużywają zbliżeń i detali, i tak usilnie próbują sterować uwagą widza, że warto spróbować robić coś odwrotnego. Wiem, że przekora sama w sobie nie jest cnotą, ale kiedy sięgam do bardziej powściągliwego języka to czuję, że widz śledzi uważniej to, co się dzieje na ekranie. Tarantino może na tym nie zależeć, bo to, co opowiada, nie potrzebuje subtelności, ale ja w „Eterze” chciałbym, żeby pod powierzchnią zdarzeń widz poczuł jakąś zagadkowość, czyli cień tajemnicy. A tymczasem tajemnica wciąż ucieka i z Panią Milenią – montażystką – ciągle przestawiamy sceny, zmieniamy rytm i nie możemy trafić na optymalne rozwiązanie, często kolejne warianty montażowe wydają nam się gorsze od tych, które już były.

Podzielę się tutaj nie rozstrzygniętą jeszcze wątpliwością, którą posiali we mnie koproducenci z Canal +. Otrzymałem od nich po projekcji list z masą przemyślanych propozycji skrótów (film oscyluje około dwóch godzin). Każdy reżyser broni tego, co nakręcił, ale tu przypomniałem sobie jak przy „Strukturze Kryształu” posłuchałem rady Stanisława Różewicza i ściąłem blisko połowę filmu. Jak się okazało, z pożytkiem dla ostatecznego rezultatu. Z „Eterem” spróbowałem mniej radyklanie zrobić to samo. I rezultat zawiódł. Film się zubożył, a nie zyskał (na chwilę obecną jeden ze skrótów pozostaje w mocy). Myślę z żalem o aktorach, którzy zagrali w wyrzuconych scenach. To przecież nie ich wina, że sceny wypadły za burtę. Co kilka dni testują na jakichś nowych widzach kolejną wersję montażu. Muszę ją oglądać razem z nowymi widzami, inaczej moja wrażliwość przygasa. Wybieram „króliki doświadczalne” spośród ludzi, którzy nie mieli nic wspólnego z produkcją i staram się wyobrazić, jak nasz film wygląda w ich oczach. Towarzyszy mi wierny operator, Piotr Niemyjski, który podobnie jak poprzednio przy „Obcym Ciele” uczestniczy w filmie, a nie „robi zdjęcia” (na tym w dużym stopniu zasadza się sukces polskich operatorów za granicą, a Piotr już sfotografował film japoński). A do tego, na różnych projekcjach towarzyszy mi żona.

Przypuszczam, że o moim montażu będę jeszcze pisał za miesiąc, bo łatwo nie wybrnę z zadania, które zapisałem w scenariuszu i na piśmie wszystko było oczywiste, a w realizacji jest zwodnicze. To też jest trudność filmów autorskich, czy poza gatunkowych. Tam, gdzie już zostaną określone reguły opowiadania łatwo przewidzieć efekt. Jeśli jest to kryminał, czy też komedia romantyczna język wypowiedzi zazwyczaj jest przetarty. Problem się zaczyna tam, gdzie język jest nowy i niepowtarzalny zarazem. Mało filmów ostatnio oglądam (w czasie własnych zdjęć nie należy oglądać cudzych filmów), ale dwa polskie utwory autorskie przykuły moja uwagę. Jeden to „Foton”, wyłamujący się ze wszelkich reguł, a drugi to „Między Słowami”, gdzie język autorki jest niewątpliwie jej własnym tworem. A z oglądaniem ponownie klasyki znów zachwycił mnie „Lampart” (a właściwie „Gepard”) Viscontiego i to jego autorska wersja z niewiarygodną dłużyzną jaką wydaje się ostatnia scena balu. Skrócona, w wersji dystrybutorskiej, była tylko malownicza, a w rozciągniętym wariancie autorskim jest powiew metafizyki.

Zbliża się festiwal w Berlinie, mamy na nim wiele interesów. Szukamy koproducentów do adaptacji powieści Masternaka, „Nędzole”. Ciągle wierzę w ten projekt, ale musimy do niego przekonać Francuzów i Niemców. Z innych projektów wymienię szykowany dla Agnieszki Holland czeski projekt „Szarlatana” i litewską „Pieśń dla Lisa”. Na horyzoncie jest film o Komedzie i miniserial (ściślej: antologia) o siedmiu grzechach głównych zaproponowany przez reżyserów-debiutantów.

Mam za sobą w tym roku Master Class w Budapeszcie dla młodych reżyserów, przede mną podobne zadanie do wykonania w Wilnie. Odwiedziłem także Brukselę, zaproszony wraz z kilkunastoma osobami ze środkowej i południowej Europy, dla zwiedzania Domu Historji Europy, czegoś na kształt wystawy muzeum naszego kontynentu. Jechałem nastawiony krytycznie przypuszczając, że nasza rola w historji Europy zostanie niedoceniona. Oczywiście można taki zarzut postawić, ale o wiele bardziej razi mnie marksistowskie widzenie dziejów. Jest to marksizm w wydaniu NRDowskim. Europa jako rezultat walki klas w cieniu Marksa i Engelsa, którzy wyglądają z ogromnych diapozytywów. Europa niechrześcijańska (religje nie odgrywają większej roli). Solidarność jako drobny epizodzik (podobnie jak Jan Paweł II). Upadek muru berlińskiego jako zasługa Gorbaczowa. Nie chcę dołączać się do ideologicznej krytyki, ale nie oszczędzę tej, która dotyczy widowiska. Wystawa mimo wielkiego budżetu jest dosyć nudna i brzydka. Dzieło ostrożnych urzędników. Ostrożność widać nawet w katalogu, gdzie errata każe zamienić opis „zbrodni komunizmu” słowami „zbrodnie totalitaryzmu”. To podobno na skutek protestu Grecji, gdzie komuniści byli w rządzie.

Wydawnictwo na Podkarpaciu wydało e-book z mojego spotkania z publicznością. Uzupełniłem go w druku i tak ukaże się moja niezamierzona książka pod tytułem ściągniętym od Papieża „Uczyńcie ze swego życia arcydzieło”. Jednocześnie Jacek Moskwa prowadzi od miesięcy rozmowy ze mną do wywiadu-rzeki dla Znaku. Czuję, że na moje osiemdziesięciolecie ukaże się zalew papieru związanego z moją osobą. Oczywiście cieszę się z tego, ale też myślę „a co potem?”. Czy proroczo nazwałem jedną z pierwszych moich książek „Pora umierać”?. Po prawdzie zupełnie co innego miałem wtedy na myśli i przypominam to wytłumaczenie: według zaleceń świętego Pawła apostoła „niech umiera w nas stary człowiek, by urodził się nowy”. Odnosiłem się wtedy do wspomnień z czasów ustroju, który słusznie nazwaliśmy niesłusznym. Niestety historja dowodzi, że on wcale w nas tak całkiem nie umarł.

Zima nie sprzyja podróżom, ale udało mi się dojechać na parę spotkań autorskich: od dalekiego Grajewa, podkrakowskich Wadowic, Wrocławia, do samego Krakowa, gdzie w „Ogrodach Sztuki” pokazywałem mój nieco zapomniany film z przełomu ustrojów „Stan Posiadania”. Film z Mają Komorowską i Arturem Żmijewskim oraz Krystyną Jandą i Andrzejem Łapickim powstał przy minimalnym budżecie, a aktorzy improwizowali swoje teksty. Oglądając go dzisiaj myślę, że oddaje coś z atmosfery (jakże pięknej) czasów świeżo odzyskanej wolności. A Maja Komorowska obchodzi swoje 80-lecie w formie, której trzeba jej zazdrościć.

Biuro „Toru” mieści się naprzeciw biura naszych kolegów (podobnego do nas tworu, czyli państwowej instytucji kultury filmowej) „Zebry”. Jest jeszcze trzeci taki twór – „Kadr” – prowadzony przez Filipa Bajona. „Zebrą” zarządza od lat Juliusz Machulski i często mijamy się na korytarzu wymieniając przyjazne uśmiechy. Pan Juliusz grał w jednym z moich filmów, ja ogromnie lubię jego „Seksmisję”, „Kingsajz” i inne komedje. Choć także bardzo cenię film o powstaniu styczniowym. Dzięki sąsiedztwu czasem wymieniamy się dyskami i dzięki temu ostatnio zobaczyłem stosunkowo dawny jego teatr telewizji „19 południk”, a także nowszą „Teslę” i z przestrachem spostrzegłem, że Pan Juliusz (jak to się czasami artystom trafia) ma wyraźne zdolności prorocze. W „19 południku”, zainspirowanym zapewne polityczną przygodą naszej demokracji z panami Tymińskim i Lepperem, objawił się obraz Polski, który niezwykle przystaje do tego, co po niewczasie odkrywamy dzisiaj.

W „Torze” patrzę z niepokojem w przyszłość, bo wciąż krążą pogłoski, że padniemy ofiarą jakichś mało zrozumiałych reform. Słyszałem wprawdzie zapewnienia pana wicepremiera, że to nie jest najbliższa przyszłość, ale jak wiadomo, produkcję filmową trzeba planować dalekosiężnie. Staramy się zachować zimną krew, ale nawet wewnątrz naszej drużyny pojawiły się jakieś głębokie rysy i tym bardziej przyszłość wygląda niepewnie, ale pozostaję optymistą myśląc o tym, że jesteśmy potrzebni jako przyczółek do ambitnego kina, które chce zostawić ślad w sercach i umysłach nawet jeśli nie trafi do najszerszych mas (jeśli trafi, to tym większa radość).

 

 

 




Lista wpisów:


2018-05-11
2018-03-22
2018-01-08
2017-11-03
2017-08-18
2017-07-21
2017-05-29
2017-04-18
2017-03-09
2017-01-20
2016-12-30
2016-11-14
2016-10-17
2016-09-22
2016-08-10
2016-07-13
2016-06-02
2016-03-30
2016-03-02
2015-11-27
2015-08-10
2015-06-08
2014-12-30
2014-10-09
2014-07-09
2014-04-25
2014-03-17
2014-01-14
2013-12-24
2013-10-09
2013-08-19
2013-08-01
2013-07-17
2013-07-01
2013-06-10
2013-06-04
2013-05-30
2013-05-17
2013-05-13
2013-05-06
2013-04-29
2013-04-22
Fundusze Europejskie - Program Polska Cyfrowa
Martin Scorsese - MASTERPIECES OF POLISH CINEMA BIP Kultura na Widoku
Unia Europejska - Fundusz Rozwoju Regionalnego