BLOG 29 (2016-09-22)

Druga połowa sierpnia przyniosła do mego domu stan oblężenia. Liczba gości doszła do maksimum, bo nałożyły się próby do sztuki i pogrzeb brata mojej żony z tłumem żałobników zza granicy. Pogrzeb należy do sfery prywatności, natomiast próby teatralne opiszę bardziej szczegółowe, bo jest w nich zamierzona osobliwość. Teatr, jak każda instytucja, ma skłonność do skostnienia i od lat próbuje z tym walczyć, urządzając próby u siebie w domu, zapraszając aktorów aby mieszkali razem z nami, tak żeby obok pracy łączyły nas wspólnie spacery z moimi psami, wspólne posiłki, wspólne oglądanie filmów z domowego projektora. Tym razem próbujemy moja własną sztukę „Hybris” wydrukowaną w Polsce w raciborskim „Almanachu Prowincjonalnym”, w Rosji w „Iskusstwo Kino” z wprowadzeniem Viktora Jerofiejewa i we Włoszech w teatralnym czasopiśmie „Teatro Contemporaneo” ze wstępem profesora Gianfranco Bartalotta. Sztuka powstała parę lat temu na zamówienie Teatru Dramatycznego w Sankt Petersburgu, okazało się jednak, że jej przesłanie nie jest zbieżne z obecną polityką kulturalną Rosji, odnosi się bowiem do rozliczeń ze stalinizmem. Akcja wprawdzie dzieje się w Polsce, ale ówczesny dyrektor teatru z gruzińskim paszportem w kieszeni powiedział mi, że nie chce narażać teatru na jakieś szykany, zresztą niedługo później stracił stanowisko zastąpiony rdzennym Rosjaninem, który uprawia teatr, jak sam mówi, bardziej scenograficzny aniżeli problemowy. Tak więc sztuka została bezpańska, w Polsce nie proponuje jej nikomu, bo dziś mogłaby zabrzmieć koniunkturalnie (wspomnienie walk z powojenną partyzantką akowską), natomiast z propozycją wystawienia jej wystąpiła Litwa, słynny do niedawna teatr w Poniewieżu. Premiera w początku października, próby sytuacyjne w mojej oranżerii już za nami, aktorzy litewscy świetni, ale nie mogę się pozbyć niepewności nie rozumiejąc języka. Mieliśmy jedną próbę z publicznością znającą litewski – stanowiła ją rodzina Państwa Drygasów i Pan Ambasador Litwy.

"Hybris", Juozo Miltinio Dramos Teatras, Panevėžys (Litwa), październik 2016 r.

Z prywatnych wydarzeń odnotuję ślub Tadeusza Bradeckiego w Kornwalii, w kościółku ponoć z czwartego wieku. Ślub w wichrze i deszczu tym bardziej wzruszający. Lituria anglikańska, wiele świetnej muzyki. Ze znajomych mi gości francuski kompozytor Probst, z którym przed laty współpracowaliśmy z Tadeuszem we Włoszech przy światowej premierze jego opery o Kolbem z librettem pióra Eugène Ionesco zamówionym przez operę paryską za czasów dyrekcji Libermana. Tadeusz wystawił ją później we Francji i w Bytomiu. Pamiętam konferencję prasową z Ionesco, na której sędziwy mistrz oburzył się,  kiedy nazwano go twórcą teatru absurdu, który w końcu kariery zbliżył się do wiary. „Nie było żadnego teatru absurdu. Był świat bez Boga, który jest absurdalny i tak go przedstawiłem w swojej sztuce.” Tekst o Kolbem drukowałem kiedyś w „Tygodniku Powszechnym” - wydaje mi się za trudny dla opery – może warto wystawić go jako teatr prozy. Inscenizacja Bradeckiego była teatralnie doskonała podobnie jak inne liczne jego prace niezauważone w kraju, za to bardzo wysoko notowane w Kanadzie, gdzie pracował przez ostatnie lata.     

Zaglądam w kalendarz i znajduję notatkę o moim video nagraniu z profesorem Trautmanem, wielkim polskim fizykiem teoretykiem, który przed laty rozwinął teorię fal grawitacyjnych, a których rzeczywiste istnienie nie wierzyli ani Einstein ani Infeld, a tymczasem ostatnio przyszło empiryczne potwierdzenie ich występowania, co kwalifikuje profesora Trautmana do nagrody Nobla i o to zabiega dziś grupa jego uczniów. A ja, jako niedoszły fizyk w świecie mediów, czuję się zaszczycony, że mogę mieć swój udział w tych działaniach.

Dalej w kalendarzu notatka o premierze filmu „Smoleńsk” Antka Krauzego. Antek przez długie lata współpracował z Torem, mimo różnic w naszych zapatrywaniach politycznych utrzymywaliśmy zawsze miły kontakt; nie wiem czemu pominięto mnie na liście zaproszonych na premierę, szczególnie, że znaleźli się na niej moi współpracownicy. Podejrzewam, że zaszła pomyłka, ale łatwo snuć teorie spiskowe, zwłaszcza, że ostatni film do tego skłania.

Następne doświadczenie wrześniowe to Krynica, Forum Gospodarcze, w którym uczestniczyłem w dwóch panelach. Pierwszy z udziałem księdza Prymasa Polaka o rocznicy Chrztu Polski zapowiadał się jako rutynowa nuda, a tymczasem udało się rozwinąć wiele myśli nieoczekiwanie świeżych (w czym zasługa wszystkich uczestników, a więc księdza Macieja Zięby, niemieckiego profesora Lowitza, podróżnika – zdobywcy dwóch biegunów Marka Kamińskiego i moderatora Juliusza Brauna). Prasa obecna na naszym panelu wyciągnęła zdanie księdza Prymasa o niebezpieczeństwach nacjonalizmu, co oczywiście jest ważne, ale też oczywiste, natomiast pan Kamiński relacjonował swój projekt pielgrzymki z Królewca do Santiago di Compostela, od grobu Kanta do grobu apostoła Jakuba. Hasłem jego podróży miało być przejście od rozumu do wiary, tymczasem w debacie stało się jasne, że chodzi o drogę z rozumem po wiarę, na przekór wierze bezrozumnej, zabobonnej, pogańskiej. Kant ze swoim myśleniem o związkach czasu i przestrzeni z podmiotem staję się dziś prekursorem myśli Einsteina i patronem nowego widzenia wiary w perspektywie kosmosu i Wcielenia. Rocznica chrztu posłużyła za pretekst do zastanowienia się nad tym, gdzie jest nowoczesność – czy ciągle w iluminizmie, czy przeciwnie, to Oświecenie jest dziś synonimem czegoś, co powinno się kojarzyć z wczoraj.

Druga Krynicka debata, w której miałem czynny udział, dotyczyła Rosji. Jej moderatorem była prawnuczka generała Rokossowskiego, dwujęzyczna Rosjanka, tłumaczka i dziennikarka. W ostatniej chwili odwołał swój udział Pan Wicepremier Gliński, gwiazdą wieczoru pozostał natomiast Wiktor Jerofiejew, który świetnie zna relacje Polski i Rosji, bo włada naszym językiem, a Rosję zna od podszewki. Z głosów z sali pozostał mi w pamięci pogląd, że prezydent Putin uwolnił Rosję od kosmopolityzmu i przywrócił jej prawdziwy patriotyzm.

Byłem już kilkakrotnie na Krynickim Forum, podziwiam jego rozrost i porównuje go do oryginału, który stara się naśladować, to znaczy do Światowego Szczytu Gospodarczego w Davos, w którym jedyny raz w życiu miałem okazję uczestniczyć pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Davos wypracowało świetną technikę dyskusji, oszałamiającą wprost sprawność paneli, w których uczestniczą wszyscy wielcy świata: premierzy, głowy korporacji, milionerzy i wszelcy eksperci od spraw, z którymi boryka się współczesność. Rzuca się w oczy różnica protokołów – w Davos każdy premier czy prezydent ma prawo zabrać ze sobą zaledwie cztery osoby, czy to ochroniarzy, czy też asystentów lub tłumaczy, w Krynicy, gdzie zjechali szefowie rządów wyszehradzkich, premierom towarzyszyły niezliczone świty, co przypominało mi nieco wielkie festiwale filmowe z czerwonymi dywanami i zastępami fotografów.

Ostatnim wydarzeniem, które chciałbym zrelacjonować jest festiwal filmowy w Rosji na Sachalinie, gdzie uczestniczyłem przez tydzień jako przewodniczący międzynarodowego Jury. Festiwal ma już szóste wydanie, ale przeżył zmianę całej ekipy, ponieważ poprzednia odeszła z wcześniejszym gubernatorem, który przebywa obecnie w więzieniu śledczym w Moskwie. Sachalin położony między Syberią, a Alaską jest bardzo bogatą wyspą, bo wydobywa się na nim gaz oraz ropę, a do tego w morzu żyją najsmaczniejsze i najdroższe kraby, a na dodatek jest jeszcze kawior (ten czerwony) i tu właśnie dochodziło podobno do jakiś kolosalnych nadużyć. Za czasów carskich Sachalin był miejscem zsyłki, odwiedzał go Antoni Czechow, zesłanym był brat Marszałka - uczony Bronisław Piłsudski, który doczekał się pomnika i wdzięcznej pamięci mieszkańców, bo poświęcił im wiele badań, ożenił się także z kobietą z miejscowego plemienia – miał z nią córkę, lecz teść nie pozwolił jego żonie towarzyszyć mu, kiedy już wolny wyjeżdżał do Ameryki. Rosyjska specjalistka od spraw polskich, Natalia Pantiuszkowa, zbiera się do filmu dokumentalnego o Piłsudskim i nasłuchałem się od niej tylu zadziwiających historii z życia naszego rodaka, że aż żal, że ze względów politycznych trudno dziś myśleć o produkcji fabularnej na ten temat.

Co tyczy polityki to poczułem ją już w trakcie otwarcia festiwalu, gdy nowy gubernator przedstawił tezę o moralnej zgniliźnie Zachodu i duchowym rozkwicie Rosji dzięki inspiracji prawosławia. Mając okazję publicznie polemizować z tą tezą powiedziałem gubernatorowi, że nikt nie ma monopolu na duchowość i Zachód nie jest całkiem zgniły, a Rosja całkiem zdrowa. Zgodnie z rosyjskim obyczajem poczytano mi tę przemowę za zuchwalstwo, z programu znikły spotkania z publicznością (poza jednym bardzo udanym w miejskiej bibliotece, w której wyświetlano moje „Obce ciało”). Na konferencji prasowej ludzie z kręgu dawnego gubernatora ganili wybór filmów dekadenckich, których nie można pokazywać dzieciom ani młodzieży, chociażby zdobyły nagrody na głośnych festiwalach. Polemizowałem z tą tezą, bo wybierając program można szukać tego, co wychodzi na przekór naszym oczekiwaniom lub konfrontować się ze sztuką, która nam nie odpowiada, ale stanowi świadectwo tego, czym żyją inni. Kilka filmów w programie festiwalu (choćby nagrodzony w Cannes film „Elle” z Isabelle Hupert) to rzeczywiście tak zwana przez Rosjan „rozpaducha” (choć nie bez odwołań do wiary), natomiast tęsknota za cenzurą, która zapewnia, że nic nas nie urazi, wydaje mi się złym znakiem czasów i nie jest wyłącznie rosyjską tęsknotą.

Nagrodzony główną nagrodą (milion rubli, czyli kilkanaście tysięcy euro) film niemiecki, debiut, nazywa się „Fremdkörper”, czyli „Obce ciało”. Autor Christian Werner ma za sobą świetny, dokumentalny film o sobie samym w trakcie zwycięskiej walki z rakiem. Ze względu na zbieżność tytułów wręczając nagrodę prosiłem dziennikarzy, żeby nie pisali, że nagrodziłem sam siebie. Film niemiecki jest pięknie opowiedziana historią człowieka, który uzyskał nielegalny przeszczep nerki i spotyka dziewczynę Ukrainkę, która próbuje go szantażować. Wszystko dzieje się w Konstantynopolu w czasie kilku dni i nocy, po których na zakończenie pada dialog: „Byłoby lepiej, gdybyśmy się nigdy nie spotkali”.

Przesiadywanie w Jury zawsze powoduje uczucie przejedzenia. Oglądamy często po trzy filmy dziennie, z wielu pewnie bym wyszedł, gdybym nie był jurorem. Udało mi się jednak zobaczyć coś poza konkursem, co zapamiętam na długo, rosyjski film „Insight” Aleksandra Kotta, który był kiedyś moim studentem w Moskwie i teraz zasiadł wraz ze mną w Jury, a nakręcił opowieść o chłopaku, który traci wzrok i o pielęgniarce, która mając niepłodnego męża wykorzystuje niewidomego inscenizując ceremonię ślubną po to, by uzyskać dawcę spermy. Film poraża cynizmem i bezdusznością nieuświadomioną przez samych bohaterów. Straszniejszego obrazu kobiety dawno nie widziałem na ekranie.

Tekst dobiega już końca, a nie było jeszcze nic o Torze. Mój projekt „Eter” stawał na Ukrainie przed komisją, która przyznaje subwencje. Czekamy na rezultaty. Projekt Jakuba Stożka rozwija się literacko, mieliśmy niedawno kolejne spotkanie, to samo powiem o projekcie według „Nędzoli” Masternaka. A o tym co dalej, napiszę za miesiąc.  

Krzysztof Zanussi na Sachalinie
Krzysztof Zanussi i Irakli Kvirikadze, Sachalin 2016 r.

 

 

 




Lista wpisów:


2017-05-29
2017-04-18
2017-03-09
2017-01-20
2016-12-30
2016-11-14
2016-10-17
2016-08-10
2016-07-13
2016-06-02
2016-03-30
2016-03-02
2015-11-27
2015-08-10
2015-06-08
2014-12-30
2014-10-09
2014-07-09
2014-04-25
2014-03-17
2014-01-14
2013-12-24
2013-10-09
2013-08-19
2013-08-01
2013-07-17
2013-07-01
2013-06-10
2013-06-04
2013-05-30
2013-05-17
2013-05-13
2013-05-06
2013-04-29
2013-04-22
Martin Scorsese - MASTERPIECES OF POLISH CINEMA BIP Kultura na Widoku