BLOG 18 (2014-07-09)

„Obce Ciało” spoczywa w lodówce w oczekiwaniu na rozpowszechnianie. W pierwszej kolejności musi się znaleźć na którymś z festiwali. Są wśród nich takie, które wymuszają wyłączność jak Cannes, Locarno, Wenecja, San Sebastian, Moskwa czy Berlin. Za oceanem najbardziej dziś wpływowy festiwal w Toronto wymaga by film nie był pokazywany po drugiej stronie Atlantyku i tu jest w kolizji z Montrealem, który jest wcześniej i wymaga wyłączności. Strategja festiwalowa to osobna dyscyplina walki. Można tu popełnić wielkie błędy a tymczasem jest tyle niewiadomych, że ostatecznym rachunku rządzi ślepy traf i humory selekcjonerów, którzy z góry uprzedzają, że niektóre filmy mają zagwarantowane miejsce w programie, a pozostałe zależą od strategji terytorialnej. Czasem brakuje tytułu z jakiejś części świata albo jest za wiele filmów z innej, bywa że jeden temat powtarza się w paru filmach i też następuje wybór tego, który lepiej pasuje do kompozycji programowej całego festiwalu.

Bywam bardzo często jurorem i wiem, że większa rolę pełni preselekcja, czyli dopuszczenie do konkursu niż późniejsze nagrody. Film raz włączony do konkursu ma zapewnioną uwagę mediów, będzie wyświetlony w obliczu publiczności, dystrybutorów, agentów sprzedaży i to w rzeczy samej jest nagrodą. Decyzje jury mogą pomóc, ale bardzo wiele filmów odniosło sukces nie zdobywając nagród (ostatnio wystawa na temat Stanleya Kubricka przypomniała, że ten niewątpliwy geniusz kina zbierał nagrody dopiero za całokształt twórczości, a Oscara przyznano „Odysei Kosmicznej” tylko za efekty specjalne). W swoim czasie selekcja festiwalu w Cannes nie dopuściła Roberta Bressona, mimo że był już powszechnie uznanym klasykiem, że nie wspomnę ile festiwali odrzuciło triumfującą dziś „Idę”.

Myślę o tym czekając, jak potoczą się losy mojego nowego filmu i w oczekiwaniu na wyroki zbieram nagrody za "całokształt". Z okazji mojego siedemdziesięciopięciolecia w czerwcu odebrałem dwie: jedną na niezwykle sympatycznym festiwalu w rumuńskim Siedmiogrodzie, czyli Transylwanji w Cluj Kolzsvar, drugą w Rosji w Iwanowo (odpowiednik Łodzi – miasto tekstyliów i Andreja Tarkowskiego). Przy obu okazjach wygłosiłem podobne słowa podziękowania mówiąc, że mogło by się wydawać, że warto nagradzać młodych bo im nagrody dodają skrzydeł, a tym czasem na starość skrzydła opadają, każdy artysta z perspektywy lat musi przeżywać wątpliwości, co do sensu wszystkiego co robi i dlatego nagrody dla starców, weteranów (a do ich grona się zaliczę) są jak eliksir młodości, oczywiście jeśli w podtekście nie czytamy, że ktoś nas nagradza sugerując, że czas zejść ze sceny.

Z racji mojego jubileuszu festiwal w Moskwie zorganizował moją retrospektywę (czternaście lat temu " Życie jako śmiertelna choroba " zdobyło tam Grand Prix, a dwa lata później "Suplement" nagrodę Fipresci). W retrospektywie moskiewskiej znalazły się filmy mało znane w Rosji "Imperatyw" i "Paradygmat". Wprowadzenie robił Nikita Michałkow jako prezydent festiwalu.

Wiele osób przeżywa w Polsce wątpliwości, czy w trakcie wydarzeń na Ukrainie należy podtrzymywać stosunki kulturalne z Rosją. Ja uważam, że należy. Bojkot przystoi przywódcom G-8 ale my, ludzie kultury nawet jak się zgadzamy z polityką, nie powinniśmy zrywać dialogu. Będąc w Moskwie mogłem wystąpić w długiej audycji na żywo w ostatnim względnie wolnym medium, jakim są Echa Moskwy. Mówiłem o Ukrainie.

To samo mogłem zrobić w nagranej dla kanału Moskwa 24 rozmowie. Nie zgadzam się z moim kolegą Nikitą Michałkowem w podstawowych sprawach politycznych, ale nie przestanę z nim rozmawiać choć kwestje sporne dotyczą zarówno polityki jak i etyki.

Kolejne wydarzenie w moim życiu to premjera „Gier Kobiecych", sztuki napisanej przed około czterdziestu laty wraz z Edwardem Żebrowskim. Tym razem Baku, Azerbejdżan. Ta skromna sztuka ma stosunkowo wielką liczbę wystawień (Warszawa – Teatr Współczesny, Praga, Paryż - Odeon, Sofia, Montreal, Moskwa – MChAT i jeszcze kilka innych ) z bardzo błahego powodu - jest w niej rola dla starzejącej się gwiazdy. Tym razem była to siedemdziesięcioletnia gwiazda (przy okazji dyrektorka teatru i niebywale wpływowa osoba). Próby mieliśmy w Warszawie, u mnie w domu, cały zespól przyjechał na blisko trzy tygodnie, mieszkali u mnie Laskach i próbowali zawzięcie tak, że w Baku mogliśmy po trzech dniach prób na scenie dać premjerę. W dużym stopniu zasługa spada na mego współpracownika Tomasza Leszczyńskiego, który wcześniej w Baku wystawił z powodzeniem mniej znaną sztukę Mrożka „Na granicy”.

Pomysł żeby pracować w teatrze w warunkach domowych przyszedł mi do głowy już wiele lat temu. Znajduję w tym wygodę bo, mimo że pracuję za granicą, jestem w domu, a do tego moi aktorzy czy to ze wschodu czy z zachodu pracują intensywniej i tworzy się między nami więź rodzinna. Siadamy razem do stołu, chodzimy razem po ogrodzie z moimi ośmioma psami i myślę, że jest to wyraz mojego oporu wobec teatru jako fabryki, która produkuje spektakle. Myślę, że za czasów Moliera teatr stanowił rodzinę (a rodzina stanowiła teatr) i warto nawiązać do tamtych czasów pod warunkiem, że sztuka ma charakter kameralny i psychologiczny, a ja tylko takie biorę na warsztat (choć moje niedawne przedstawienie lonesco „Król umiera" na moskiewskiej Tagance z Zołotuchinem w głównej roli miało spory inscenizacyjny rozmach). Cichą bohaterką tych domowych prób jest oczywiście moja żona, bo znoszenie stada gości w domu jest często wielką próbą cierpliwości.

Kiedy robię próby przeglądowe, zapraszam do domu moich studentów przede wszystkim z Uniwersytetu Śląskiego i tu nieodmiennie przeżywam ten sam zawód. Przyjeżdżają przede wszystkim słuchacze wydziału ekonomji, produkcji, reżyserów to z reguły nie interesuje, choć skarżą się na niedostatek pracy z aktorem, aja oferuję im możliwość noclegu i uczestnictwa w próbach. Jak na ironię, przyjeżdżają często moi studenci zza granicy.

Skoro o studentach, to jeszcze wspomnienie skończonego semestru na Collegium Civitas, gdzie od lat prowadzę fakultatywne zajęcia pod enigmatycznym tytułem „Film jako zwierciadło na gościńcu życia" Zapisują się tłumnie politolodzy, psycholodzy, znawcy stosunków międzynarodowych, dziennikarze i eksperci od nowych mediów. Zaliczenie łatwo uzyskać, wystarczy rzetelnie chodzić na zajęcia, natomiast końcowy sprawdzian jest odwróceniem ról. Każdy student ma obowiązek w czymś się ze mną nie zgodzić i kazać mi się tłomaczyć z tego co usłyszał na wykładzie. Co roku zadziwia mnie niezależność myślenia tych ludzi. Sama uczelnia ma taki profil, że gromadzi dusze niepokorne i nietuzinkowe. Kiedy słyszę narzekania na młodzież (to jest żelazny repertuar belfrów) nie mogę się do nich przyłączyć, choć moje doświadczenie z reżyserami w Katowicach są nie tyle rozczarowujące, co wybiórcze. Dla niektórych studentów, wydaje mi się, że jestem przydatny. Najczęściej jednak, kiedy już kończą studia. Jest to zjawisko tak powszechne, że jeden z kolegów wykładowców zaproponował, żeby wprowadzić jakiś okres gwarancji, tak jak w sprzedaży towarów: profesor jest zobowiązany zajmować się studentem trzy lata po studiach. I nie więcej.

Czas kończyć, aja nie odnotowałem ani wyprawy do Toronto gdzie miałem wykład i prezentacje filmów ze zbioru który zachwala Martin Scorsese, ani sesji na Uniwersytecie w Olsztynie, gdzie filmolodzy dyskutowali o mojej pracy, aja czułem się jak pacjent w trakcie konsylium lekarzy, którzy próbują dociec, co mu dolega (Olsztyńska impreza była w istocie bardzo miłym prezentem urodzinowym dla mnie). Podobny prezent spotkał mnie w Londynie, w polskim ośrodku, gdzie zabawiałem publiczność na urodzinowej kolacji z tortem. Tuż po powrocie z Londynu spędziłem dwie godziny przed mikrofonem Radia dla Ciebie na tak zwanej debacie Oxfordzkiej, na przekornie sformułowany temat „Czy katolicyzm jest przeszkodą w rozwoju nowoczesnej Polski". Podobne debaty z publicznością dążą zawsze do tego, by stać się rozrywką a nie drążeniem prawdy. Temperament profesorów Hartmana i Mikołejki jako zwolenników postawionej tezy przygniatał nas przeciwników (z księdzem Tomaszem Dostatnim). Ponieważ od początku nie było jasne czy mówimy o chrześcijaństwie i religji czy o episkopacie, a wreszcie czy wszystko co nowoczesne jest dobre?

Na koniec informacja dla tabloidów. Jadłem obiad na zamku w Warszawie z prezydentem Obamą. Myślę, że to bardzo podnosi moje znaczenie. Fakt, że jadło ten obiad około sześciuset osób mogę przemilczeć nic nie kłamiąc. Dzień później byłem na herbatce z księciem Edwardem, bratem księcia Karola, brytyjskiego następcy tronu. Tu musze dodać , było nas wąskie grono i nie robiliśmy sobie fotografji. Z Obamą niektórzy próbowali. To zabawne, jak wszyscy chcą się grzać w cieple cudzej sławy, a ta sława przemija i czasem to artysta grzeje swoją sławą polityka. A koniec końców wszystko ulega zapomnieniu, o czym myślę szczególnie często, odkąd przed dwoma tygodniami wszedłem w czwartą i ostatnią ćwiartkę życia.




Lista wpisów:


2017-08-18
2017-07-21
2017-05-29
2017-04-18
2017-03-09
2017-01-20
2016-12-30
2016-11-14
2016-10-17
2016-09-22
2016-08-10
2016-07-13
2016-06-02
2016-03-30
2016-03-02
2015-11-27
2015-08-10
2015-06-08
2014-12-30
2014-10-09
2014-04-25
2014-03-17
2014-01-14
2013-12-24
2013-10-09
2013-08-19
2013-08-01
2013-07-17
2013-07-01
2013-06-10
2013-06-04
2013-05-30
2013-05-17
2013-05-13
2013-05-06
2013-04-29
2013-04-22
Martin Scorsese - MASTERPIECES OF POLISH CINEMA BIP Kultura na Widoku